I tak będę Ciebie kochał

przez | 25 maja, 2021

Niech będzie oddana wszelka chwała jedynemu prawdziwemu i żywemu Bogu, który jest Miłością i Miłosierdziem obecnym wśród nas!

Wszystko zaczęło się, gdy miałem siedemnaście lat – Pan zaprosił mnie, abym oddał Mu swoje życie, powierzył wszystkie sprawy, słabości, całą przyszłość. Przyznaję, że wtedy było to dla mnie przerażające…

Zaryzykowałem

W 1992 r. poznałem osoby, które zaprosiły mnie na wieczorne piątkowe spotkanie Wspólnoty Nowe Jeruzalem. W tym samym roku pojechałem na pierwsze wakacyjne rekolekcje organizowane przez Wspólnotę, na których doświadczyłem czegoś całkowicie nowego – żywego świadectwa ludzi kroczących drogą Pana. Rozmawiałem z mężczyzną, który opowiedział mi, co Bóg uczynił w jego życiu. Jednak nie rozumiałem do końca, o co chodzi z tym „oddaniem swojego życia Jezusowi”. Takie stwierdzenia: „będzie lepiej, przemieni się twoje życie; jak Pan coś zabiera, to stokroć więcej oddaje…” wcale do mnie nie przemawiały. Czułem lęk, myślałem, że mam iść do zakonu. A ja chciałem czegoś zupełnie innego, chciałem mieć żonę, rodzinę, pracę.

Po dłuższych przemyśleniach zaryzykowałem – oddałem Jezusowi swoje życie i wyznałem na głos swoje pragnienie, aby został Panem i Królem całego mojego życia. I zaczęło się. Już tego samego dnia zrozumiałem, że nie będę mógł dalej ćwiczyć karate, w co angażowałem się od wielu lat. Animatorzy ze Wspólnoty uświadomili mnie, że niewiele ma to wspólnego z chrześcijaństwem i jeśli chcę uprawiać sport, to powinienem zmienić dyscyplinę. Długo się z tym zmagałem w swoim umyśle, a równocześnie w sercu czułem, że Pan ma być w moim życiu we wszystkim na pierwszym miejscu, to On jest najważniejszy. Zerwałem całkowicie z karate, zacząłem biegać i ćwiczyć na siłowni. Tak jest do dziś, sprawia mi to wielką radość.

Dziesięcina

Szybko wszedłem do Wspólnoty Nowe Jeruzalem. Na pierwszych rekolekcjach wspólnotowych posługiwali liderzy ze Wspólnoty Hallelujah z Wrocławia. Świadczyli oni o tym, jak Bóg działa w ich życiu, że oddają Mu 10% wszystkich swoich dochodów. Dzięki ich świadectwu zostałem mocno zachęcony do tego, aby oddawać Bogu dziesięcinę ze wszystkiego, co zarobiłem, po to, by móc doświadczyć wolności w sferze finansowej i doświadczyć błogosławieństwa Bożego. Powiedziałem wtedy Bogu na modlitwie: ,,Ja też tak chcę, pragnę doświadczać Twojego działania i widzieć Twoje cuda”.

Nie musiałem długo czekać na odpowiedź Pana. Rozpoczął się ciąg zdarzeń, w wyniku których otrzymywałem od ludzi pieniądze i różnorodne prezenty. Zobaczyłem jedno – im więcej daję, tym więcej otrzymuję, niczego mi nie brakuje, a moje serce ciągle się raduje. Pan dał mi też pracę, która w tamtym czasie była dla mnie bardzo dobra i ważna. Umożliwiła mi ukończenie zaocznych studiów i zdobycie doświadczenia zawodowego. Bazowałem na tym doświadczeniu zakładając swoją firmę, korzystam też dziś w pracy zawodowej.

Jednak w latach 2006­2007 stałem się wobec Pana letni sercem, zacząłem bardziej ufać swoim możliwościom i talentom niż Jemu, przestałem też oddawać dziesięcinę ze swoich dochodów. Skutkiem tego były źle zainwestowane oszczędności. Bezpowrotnie straciłem ogromną kwotę.

Dzięki Jego łasce

Ta sytuacja i ciągle słyszalny głos Pana w sercu, nawołujący, abym powrócił do Niego całym swoim sercem, spowodowały we mnie przemianę. Wyznałem podczas spowiedzi grzech, na nowo oddałem Jezusowi swoje życie, codziennie się modliłem. Pragnę podkreślić, że nigdy nie obwiniałem Boga za utratę majątku, nigdy nie odbierałem tego faktu przez pryzmat Jego kary. To mój grzech spowodował takie konsekwencje, Bóg jedynie dopuścił to zdarzenie, abym zrozumiał swój błąd. Jestem Mu bardzo wdzięczny za to. Nie wiem, gdzie bym dzisiaj był i co bym robił, gdybym wtedy nie przejrzał na oczy i nie ustanowił Boga Panem mojej firmy i moich finansów.

Obecnie, dzięki Jego łasce, odbudowałem swoje oszczędności i powiększyłem je. „Po drodze” wybudowałem dom dla mojej rodziny, rozwinąłem i zwiększyłem firmę, założyłem też drugą z bratem w wierze, należącym do Wspólnoty Nowe Jeruzalem. Nie przeszkodziło mi wcale to, że oddawałem i oddaję Bogu dziesięcinę ze wszystkich swoich dochodów.

Patrząc wstecz, z perspektywy dwudziestu trzech lat, widzę, jak Pan Bóg spełniał pragnienia mojego serca. We Wspólnocie Nowe Jeruzalem poznałem piękną, promienną dziewczynę, Ewę, która w 1998 r. została moją żoną. Była i jest dla mnie wielkim darem i dobrem wybranym przez Pana. Zawsze wspierała mnie i umacniała swoim słowem. Pamiętam jak w okresie studiów, podczas tworzenia pierwszej firmy, kiedy mieszkaliśmy w małym pokoiku o powierzchni około 6 m2 i marzyliśmy o jakimkolwiek, ale swoim mieszkaniu, ciągle mi powtarzała: ,,Jesteś zdolny, masz wiele talentów, które trzeba wykorzystać. Jeśli ktoś ma sobie poradzić z tymi trudnościami, to na pewno Ty”.

W 2000 r. urodził się nasz syn Piotr. Byliśmy szczęśliwi. Pierwszy syn – byłem dumnym Ojcem.

Postanowiłem przyjąć cierpienie

Gdy Piotruś miał trzy i pół roku, ciężko zachorował. Choroba postępowała w wielkim tempie. Jego stan tak szybko się pogarszał, że został przyjęty do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie. Nikt z lekarzy nie był w stanie zdiagnozować choroby, z godziny na godzinę z dziecka uchodziło życie. Pojawiła się woda w otrzewnej i opłucnej, wystąpiła niewydolność oddechowa, powiększyła się wątroba, stan był krytyczny. Diagnoza mówiła, że to sepsa. Antybiotyki i wszelkie działania lekarzy były bezskuteczne wobec ataku bakterii.

W niedzielę około godziny 20:00 byłem przy Piotrusiu sam, lekarze dali do zrozumienia, że może dojść do najgorszego… Moje serce przeszywał ból, utrata syna stała się realna. Pojawiła się we mnie pewna analogia – poczułem się tak, jak cierpiący Bóg Ojciec, gdy Jezus konał na krzyżu, oddając życie za każdego z nas. Postanowiłem przyjąć ten krzyż, cierpienie i nie uciekać od niego. Modliłem się. Powiedziałem Bogu, że godzę się na to, aby zabrał mi syna. Oddałem Mu moje dziecko w pełni, aby czynił z nim to, co zechce. Zapewniłem, że nawet, gdy je stracę, to i tak nie odejdę od Boga – Jemu oddałem swoje życie, zawsze będę przy Nim, będę Go kochał całym sercem, całym sobą.

Około godziny 22:00 nastąpiła normalizacja stanu zdrowia Piotrusia, a po północy zaczęła się poprawa. Po paru dniach nasz syn wyzdrowiał całkowicie. Lekarze nie byli w stanie wytłumaczyć tego, co się stało, wszystkie badania specjalistyczne, analityczne wskazywały na brak choroby, tak jakby jej w ogóle nie było, śladu po bakterii też nie było…

Uwielbienie i sprzęgło

Pan Bóg prowadzi mnie we wszystkim. Od 2003 r. moja praca polega na szkoleniu kierowców, prowadzę kursy nauki jazdy.

Na początku kwietnia 2015 r. jeden z moich pracowników zaparkował samochód przed firmą. Gdy chciał odjechać, sprzęgło nagle przestało działać, nie wyprzęgało się, nie można było zmieniać biegów. Jako mechanik samochodowy wiedziałem, że uszkodzona została tarcza lub docisk, co ostatnio często się zdarzało, gdyż kupiłem wadliwą partię sprzęgieł. Był piątek, godzina 17:00, więc poleciłem pracownikom odholować auto do mechanika, a sam udałem się na uwielbienie wspólnotowe do kościoła augustianów. W sobotę miałem odebrać naprawione auto.

Jadąc na uwielbienie pojawiła się myśl, aby uwielbić Boga w tym uszkodzonym samochodzie, w całej zaistniałej sytuacji. Tak też zrobiłem, oddałem Bogu uszkodzone auto, uwielbiałem Imię Jezus i błogosławiłem całą sprawę. Następnego dnia mechanik mi oświadczył, że nie musiał w aucie nic reperować, bo ono jest sprawne, jeździ. Ja mu na to: „To jest niemożliwe, sam sprawdziłem usterkę, widziałem, co się ze sprzęgłem działo”. Ale fakt był faktem – auto było w 100% sprawne. Zabrałem go i przekazałem pracownikom mówiąc: „Po mojej modlitwie auto zostało naprawione, a gdyby coś było z nim nie tak, to proszę dać znać”. Dziś jest 24 lipca 2015 r., auto spisuje się bez zarzutu, a przecież jeździ 10-­12 godzin dziennie i jest użytkowane przez początkujących kierowców.

Wielkie dobro

Z czasem, oprócz Piotrusia, Pan Bóg obdarzył nas jeszcze trójką dzieci, na świat przyszli Pawełek i Dorotka, a czwarte Dziecko czeka na nas w niebie, jest szczęściarzem, że tak szybko może oglądać Boga. W codziennym trudzie żona jest dla mnie wielkim wsparciem, potrafi łączyć liczne obowiązki domowe z pracą w firmie. To pozwala mi odpowiedzieć na wezwanie Pana do pełnienia posługi we Wspólnocie.

Nasze życie jest pasmem wielu trudnych doświadczeń w sprawach rodzinnych, osobistych i zawodowych, ale we wszystkich Bóg odnosi pełne zwycięstwo. On potrafi z najtrudniejszej nawet sytuacji wyprowadzić największe dobro.

Kiedyś mój kolega, widząc jak wiele trudnych sytuacji spada na mnie i moją rodzinę, powiedział: „Widzę, że toczysz w życiu nieustanną walkę i że w tej walce w jakiś dziwny sposób zawsze udaje ci się wygrać. A z trudnych sytuacji powstaje wielkie dobro, pojawiają się dobre owoce”. Wiem, że tak się dzieje, że dobre owoce widać już teraz i ufam, że będą one także w przyszłości.

Dla mnie sprawa jest jasna – to nie ja zwyciężam, lecz mój Pan, któremu powierzyłem swoje życie. To On mnie chroni i prowadzi jak dobry, kochający ojciec. To On czuwa nad nami. Jemu chwała i cześć na wieki wieków! Amen.

Stanisław

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *