Małymi krokami

przez | 25 maja, 2021

Moja przygoda z Jezusem zaczęła się od wielkiej tęsknoty przetykanej pustką i pytaniami o sens życia.

Nuda

Do kościoła chodziłem z rzadka i pod specyficznym przymusem, generalnie czułem nudę. Natomiast nie czułem jej przyglądając się chrześcijańskiej sztuce, ona mnie inspirowała. Kiedyś zacząłem czytać Ewangelię i poczułem olśnienie, żar ognia! Nic nie rozumiałem, ale żar czułem. I tak się zaczęło…

Jestem na miejscu

Dawniej w Wielki Piątek, aby zagłuszyć pustkę, włączałem bardzo głośno radio. Zdarzyło mi się nawet tego dnia (tak brzemiennego w treść i symbolikę), pójść do kina! Sam siebie zaskoczyłem, kiedy to postanowiłem wybrać się w Wielką Sobotę wieczorem do… kościoła. „Przecież musi się tam coś dziać” – myślałem. W Mogile właśnie sprzątano wokół ławek i zamykano drzwi – no to klapa… Kościół wydawał mi się martwy, autentyczna mogiła. Nagle przyszła myśl: „Jedź do centrum Krakowa”.

Wskoczyłem do tramwaju. Wysiadłem na placu Wszystkich Świętych, pod kościołem dominikanów ktoś rozpalał ogień. Na zegarku 21:00, świątynia nabita ludźmi, wszedłem do środka… a tam ciemność i cisza. Nagle dominikanie wnoszą w procesji świecę, pojawiają się małe płomyki, potem są ich setki, cudne śpiewy, żarliwa modlitwa… Jestem na miejscu. Boża Obecność zaczęła mnie wypełniać. Zapomniałem o czasie. O trzeciej nad ranem w tanecznym korowodzie wypłynęliśmy z modlitwą na Rynek Główny. Tam był Żywy Jezus.

Pan mnie znalazł

Minęło trochę czasu. Ktoś namówił mnie na wyjazd do Taizé we Francji. W drodze do tej ekumenicznej wioski miało miejsce zdarzenie, które w znaczący sposób wpłynęło na moją wiarę. W czasie postoju w Norymberdze zgubiłem się…

Nie znając języka (było to niedługo po Okrągłym Stole i otwarciu zachodnichgranic) bez komórki (nie ta era…), po dwóch godzinach szukania, gdy zaczęło robić się ciemno, byłem przerażony. Zacząłem się  modlić. To była jedna z pierwszych modlitw, modlitwa rozpaczy: „Panie, pomóż!”.

Słyszałem w sercu głos mówiący, abym szedł do centrum miasta. Idę, wokoło bezdomni w kartonach, zapada noc, a nagle… ktoś woła mnie po imieniu! Była to dziewczyna z naszego autokaru, która odłączyła się, bo spotkała znajomą ze stypendium w Norymberdze. Kiedy dojechaliśmy na obrzeża miasta do naszej noclegowni, zaczynała się Msza z ewangelią o zagubionej owcy – to byłem ja i mój Pan, który mnie znalazł…

Katolik?

Wkrótce potem dostałem się na studia. Na pierwszym roku towarzyszyło mi uczucie pewnej alienacji, wyobcowania. Było we mnie jednak pragnienie Boga. Pewnego dnia ktoś na korytarzu zadał mi pytanie: „Kim jest dla ciebie Jezus”?

Okazało się, że przed zajęciami prowadzone są grupki biblijne. Alleluja! Zacząłem w nich uczestniczyć, jednak po roku miałem problem z moją tożsamością katolicką. Znajoma z tej grupki, która ją w pewnym momencie opuściła, zaprosiła mnie na Kongres Odnowy Charyzmatycznej w Częstochowie. Tam, na Wałach Jasnogórskich, wydarzyła się rzecz, która mnie na zawsze odmieniła. Po wezwaniu prowadzącego o otwarcie się na Ducha Świętego, nagle poczułem, że nie mogę przestać się modlić, a z ust zaczęły wypływać mi setki słów w niezrozumiałym języku. Otwarłem Ewangelię i natrafiłem na słowa mówiące o tym, że mam być żołnierzem Pana, głoszącym wszędzie Jego Słowa, Słowa Życia. Do Krakowa wracałem jak pijany młodym winem…

Tłum wielbiący Boga

Szukając takiego Kościoła, o którym ciągle czytałem w Ewangelii, w pewnym momencie trafiłem na piątkowe spotkania Wspólnoty Nowe Jeruzalem. Byłem podekscytowany. Tuż przed rozpoczęciem uwielbienia miałem obraz: Baranek stojący na ołtarzu – zupełnie jak ten z Apokalipsy.

Wokół był tłum ludzi wielbiących Boga. Piękno, gorliwość modlitwy i wyczuwalna obecność Pana mnie urzekły. Bóg poruszał się w moim wnętrzu. Zacząłem zapuszczać w tej Wspólnocie korzenie, nie mogłem się doczekać kolejnych piątków… Potem były wakacje i rekolekcje w Piotrkowicach Wielkich, prowadzone przez Wspólnotę Hallelujah z Wrocławia. I moje zdziwienie, że tak można się modlić się i żyć Bogiem.

W Nowym Jeruzalem poznałem Jolę, moją przyszłą żonę. Był to czas intensywnych rozmów i modlitw. Pewnego pięknego wieczoru zaprosiłem tę uroczą dziewczynę do restauracji „Grace”… Po roku staliśmy się narzeczonymi, po dwóch latach – małżeństwem, po czterech – rodzicami.

Wspólnota nauczyła nas żyć. Nauczyła nas modlić się, rozmawiać, spędzać czas ,różnić się i nie ranić, rozwiązywać konflikty, a także służyć. Otworzyła nas na bogactwo Kościoła, na innych braci i siostry. Ale przede wszystkim pokazała nam naszą kiepską kondycję duchową, obnażyła ukryte grzechy, lęki i rany z dzieciństwa. Etapami doznawaliśmy uzdrowienia duchowego.

Rzeka Bożej łaski

Prawda trudna, bolesna, ale oświetlona światłem z ran Jezusa uzdrawia mnie do dziś. Te dwadzieścia lat we Wspólnocie to operacja na żywym organizmie, to setki poznanych osób, to tęsknota za piątkowymi spotkaniami… To ciągle świeża, orzeźwiająca rzeka Bożej łaski.

Dwadzieścia lat przed obliczem Pana – czyż to nie cudowne?

Dziękuję Jezusowi za przywilej bycia w tym miejscu i z moją rodzina, i z tymi braćmi, i z tymi siostrami.

Panie, zbuduj Nowe Jeruzalem!

Paweł

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.