Pan słyszy pragnienia mojego serca

przez | 25 maja, 2021

Chcę zaświadczyć o ogromnej miłości Boga i Jego niezmierzonym miłosierdziu. Siedemnaście lat temu przyszła na świat nasza jedyna córka, Antonina, wielki dar od Boga, powierzony nam, rodzicom.

Oczekiwanie

Pobraliśmy się z mężem na ostatnim roku studiów, a po ich zakończeniu, za namową przyjaciół, przenieśliśmy się do Krakowa. Zamieszkaliśmy na ul. św. Katarzyny, gdzie mieliśmy wspólnie z grupą przyjaciół pracownię i małą galerię sztuki. Mimo trudnych warunków mieszkaniowych bardzo pragnęliśmy zostać już rodzicami. Po roku bezowocnego oczekiwania poddaliśmy się szczegółowym badaniom lekarskim. Okazało się, że mój organizm nie funkcjonuje prawidłowo i potrzebna jest kilkumiesięczna kuracja hormonalna. Potem, w ciągu trzech lat, przeszłam ich jeszcze kilka. Niestety, nie przyniosły oczekiwanego efektu. W czerwcu 1997 r. moja lekarka poinformowała mnie, że nic więcej nie może już zrobić, ale po wakacjach skieruje mnie jeszcze do specjalistycznego ośrodka w Łodzi.

Był to dla nas trudny czas. W czerwcu straciliśmy też nasze mieszkanie-pracownię i galerię. Mogliśmy pozostać w Krakowie tylko dzięki pomocy zaprzyjaźnionych osób: mieszkaliśmy w ich domach, w malutkim pokoiku za ołtarzem w cerkwi na ul. Szpitalnej, augustianie przyjęli męża pod swój dach na dziesięć dni. Wtedy wkroczył w nasze życie Pan. Pół roku wcześniej poznaliśmy Basię i Tadeusza, krakowskich przewodników, których widywaliśmy codziennie z okien naszej pracowni wychodzących na ul. Krakowską, i pozdrawialiśmy się wieczorem, machając sobie na dobranoc.

Bóg wysłuchał”

Basia przyniosła mi ulotkę informującą o rekolekcjach Wspólnoty Nowe Jeruzalem w Trzcinicy i namawiała, żebym na nie pojechała, mówiąc: „Może Bóg wam pomoże rozwiązać te wszystkie problemy”. Muszę uczciwie powiedzieć, że perspektywa spędzenia kilku dni bez obaw o miejsce do spania nie była bez znaczenia. I chociaż nie wiedziałam wtedy nic o Odnowie w Duchu Świętym, a moje życie religijne ograniczało się do uczestnictwa w niedzielnej Mszy Świętej, namówiłam koleżankę i pojechałyśmy razem.

Byłam pierwszy raz na rekolekcjach. Wywróciły one wszystko w moim życiu do góry nogami – po pierwszym dniu chciałam uciekać, po drugim zostać tam na zawsze… Wszystko było inne, inni ludzie, inne podejście do życia, inne problemy. Basia namówiła mnie, żebym poprosiła o modlitwę wstawienniczą w intencji daru macierzyństwa. Doświadczyłam wtedy po raz pierwszy w życiu bliskości Boga. To było prawdziwe trzęsienie ziemi, poczułam, co znaczą słowa: I dam wam serce nowe, i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza (Ez 36,26). Na koniec modlitwy Krysia rozeznała Słowo skierowane do mnie, dotyczące narodzin Samuela: Idź w pokoju, a Bóg Izraela niechaj spełni prośbę, jaką do niego zaniosłaś; Anna poczęła i po upływie dni urodziła syna i nazwała go imieniem Samuel, ponieważ [powiedziała]: uprosiłam go u Pana (1 Sm 1,17;20). Szemuel – „Bóg wysłuchał” to była dla mnie obietnica. Byłam bardzo wzruszona, całkowicie zaufałam Jezusowi. Tę noc spędziłam przed Najświętszym Sakramentem.

Czuwał Anioł

To, co się działo po powrocie do Krakowa, było niezwykłe: w ciągu tygodnia znaleźliśmy mieszkanie i pracę, a po trzech tygodniach okazało się, że jestem w ciąży! Moja lekarka nie chciała wierzyć wynikom, powtarzałam test trzy razy. Oddaliśmy nasze życie i naszą rodzinę Jezusowi.

Do trzeciego miesiąca ciąży istniało ryzyko utraty dziecka, potem pojawiły się kłopoty z nerkami i przedwczesne skurcze. Od czwartego miesiąca musiałam leżeć, nie opuszczałam domu. Wspólnota wspierała nas modlitwą, doświadczyliśmy ogromnej troski i prawdziwie chrześcijańskiej miłości. Tydzień po terminie porodu, w sobotę, znalazłam się w szpitalu. Dostałam zastrzyki wywołujące skurcze, bardzo się bałam, nie było ze mną pani doktor, która mnie prowadziła (miała wyjechać w niedzielę rano z rodziną nad morze, to był drugi dzień wakacji). Po czternastu godzinach silnych skurczów byłam wykończona, nie wiedziałam, że mam tak słabe serce (rok później wszczepiono mi rozrusznik).

W niedzielę nad ranem traciłam przytomność, a gdy ją odzyskiwałam, słyszałam tylko podniesione głosy i widziałam wokół wiele osób. Byłam bardzo zaskoczona, bo zauważyłam moją lekarkę – nie mogła spać i zadzwoniła, czy urodziłam, a kiedy córka zapytała ją rano: „To ty nie pojechałaś do tego porodu?”, przełożyła wyjazd i przyjechała do szpitala. Podobno wkroczyła na salę z okrzykiem: „Chyba jakiś Anioł nad wami czuwa, nie zmrużyłam oka!”. W pewnym momencie zaczęła wyć aparatura, zanikało tętno dziecka, wszyscy krzyczeli, straciłam przytomność. Ocucił mnie potężny ból – pani doktor łokciami wypchnęła dziecko ratując mu życie. Tosia została natychmiast zabrana przez lekarzy. Zobaczyłam ją po kwadransie, jak spokojnie spała w inkubatorze, podłączona do mnóstwa rureczek. Urodziła się w niedzielę na Anioł Pański, gdy w pobliskich kościołach biły dzwony – tyle pamiętam po tych ciężkich dziewiętnastu godzinach.

Dziś Tosia ma siedemnaście lat i chociaż po ciężkim porodzie była przez rok rehabilitowana, cieszy się zdrowiem i normalnym życiem. Jest naszym cudem. Gdy była mała, podczas wspólnej modlitwy wieczornej mówiła: „Dziękuję Ci, Boże, za Tosię, za mamusię, tatusia i za to, że mi dałeś życie…”. Ja też dziękuję Ci, Panie, za to wspaniałe nowe życie i nieustannie proszę o wszelkie potrzebne łaski.

Diagnozy i fakty

Dziś widzę, jak wiele było takich sytuacji, w których Bóg odpowiadał na nasze prośby, stawiał na naszej drodze dobrych ludzi, którzy przychodzili z pomocą, dawał słowa otuchy i nadziei. Zdrowie nie jest moją mocną stroną – mam bogatą dokumentację medyczną, odwiedziłam prawie wszystkie oddziały szpitalne w Krakowie, przeszłam wiele zabiegów i kilka operacji. Było wiele takich momentów, że pojawiała się zła diagnoza, czy podejrzenie najcięższych zmian, jednak badania, czy biopsje wcale tego nie potwierdzały. Dzięki operacjom, zabiegom udało się coś wyciąć, naprawić, i mogłam żyć dalej. Zawsze w takich momentach prosiłam Wspólnotę o modlitwę i sama wołałam do Pana, by się nade mną ulitował, a On w swoim nieskończonym miłosierdziu pochylał się nade mną.

Także miesiąc temu, w maju 2015 r., gdy znalazłam się po raz kolejny na SOR z ciśnieniem dochodzącym do 200 mmHg. Moje serce ledwo wytrzymywało. Po badaniu tomograficznym lekarz neurolog, będący wtedy na dyżurze, powiedział, że mam duże ubytki w mózgu i móżdżku, a w kości czaszki skupisko komórek osteoblastycznych (nowotwór kości). Miałam od jakiegoś czasu ogromne kłopoty z pamięcią, po wyjściu z pracy nie pamiętałam, gdzie zaparkowałam samochód, szukałam go w kilku miejscach, gdzie zwykle go zostawiam, myliłam imiona dzieci, z którymi pracuję itp. Neurolog, który się mną opiekuje, twierdził, że to skutek przebytego wcześniej udaru, ten jednak zaprzeczył, uznał nawet, że jak na Alzheimera to o dziesięć lat za wcześnie… Neurolog wysłał mnie do onkologa, ten – do neurochirurga. Poprosiłam o pomoc panią Jasię z naszej Wspólnoty, która pracuje na oddziale neurologii w Prokocimiu z prof. Kwiatkowskim. Ona nigdy nie odmawia pomocy. Profesor przejrzał wyniki badań i płytki ze zdjęciami z tomografu i stwierdził, że w zapisie nie ma nic takiego, co mogłoby zwiastować poważniejsze problemy!

W tym samym tygodniu miałam mieć biopsję z powodu kilku zmian w piersi, o czym zadecydował onkolog po mammografii. Tymczasem po badaniu ultrasonograficznym poprzedzającym zabieg lekarz stwierdził, że nie ma żadnych niepokojących zmian, nawet w niewielkim stopniu. Gdy mocno zdziwiona powołałam się na poprzednią diagnozę (cztery lata temu przeszłam taką operację), odpowiedział ze śmiechem: „Wykonałem tysiące takich badań, proszę mi zaufać, niczego podejrzanego tam nie ma”…

To było kolejne niezwykłe doświadczenie. Od miesiąca żyłam w wielkiej niepewności, nic nie mówiłam rodzinie, żeby nikogo nie martwić, a tu w ciągu tygodnia Pan zdjął ze mnie tak wielki ciężar. Obydwa te zdarzenia poprzedzała noc czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego naszej Wspólnoty w kościele św. Katarzyny. Miała wtedy miejsce piękna modlitwa o uzdrowienie, ja również klęczałam wśród tych, którzy prosili o tę łaskę.

Troskliwy Ojciec

Doświadczyliśmy z mężem tego, że Pan troszczy się o różne nasze sprawy i przychodzi z pomocą. Cztery lata temu po powrocie z wakacji byliśmy bez grosza, wróciliśmy do Krakowa w nocy, a rano miałam mieć zabieg onkologiczny. Byłam bardzo głodna (przed zabiegiem nie wolno nic jeść przez całą dobę) i prosiłam męża, żeby czekał choćby z obwarzankiem, kiedy już będzie po wszystkim. Gdy się obudziłam, zapytałam, czy ma dla mnie coś do jedzenia. Olek podał mi obwarzanek i powiedział: „Nie złość się, opłaciłem parking i za wszystko, co zostało, kupiłem kupon Toto Lotka. Jakiś głos mi mówił, że mam go wypełnić i zagrać, że mogę dużo wygrać”. Myślałam, że żartuje, nie robił tego wcześniej. Dodał jeszcze, że poprosił Boga: „Jeśli miałbym wygrać dużo i zmienić się na gorsze, to proszę, daj mi tylko tyle, żeby nam wystarczyło na te trzy dni, zanim przyjdą pieniądze z wydawnictwa”. Wieczorem sprawdził wyniki losowania i okazało się, że miał trzy trafione numery. Następnego dnia raniutko odebrał 300 zł – bardzo dużo dostaliśmy na te trzy dni…

Dwa lata temu leżałam o godzinie piątej rano w klinice na ul. Kopernika, przygotowana do poważnej operacji, z niecierpliwością czekałam na księdza, który codziennie roznosił Komunię Świętą. Tego dnia się spóźniał, diagnoza była zła, byłam bardzo przygnębiona. Pielęgniarki wiozące mnie na salę operacyjną zatrzymały się przy windzie. Wysiadł z niej nasz ksiądz, siadłam, by przyjąć Komunię, ale one podniosły krzyk, że jest za późno. Spojrzeliśmy na siebie z księdzem w poczuciu bezradności. Kiedy już leżałam na stole operacyjnym, podpięta do aparatury, a siostra po raz trzeci próbowała się dostać do mojej „zarośniętej” żyły, drzwi się uchyliły i zobaczyłam księdza z Komunią w ręku (obok była salka wybudzeniowa, pewnie odwiedzał osoby po operacji). Ruszył w moim kierunku. Wszyscy zamarli – to było jak w zatrzymanym kadrze filmu – podszedł do mnie, podał Najświętszy Sakrament, pobłogosławił i na paluszkach, uśmiechając, się wyszedł. Zamknęłam oczy, bałam się gwałtownej reakcji pielęgniarek. Jeszcze przez kilka sekund trwała cisza, potem wszyscy wrócili do swoich zajęć, a ja niczego już się nie bałam i z radości zakręciły mi się w oczach łzy. Pan naprawdę słyszy pragnienia naszych serc…

Dziękuję Bogu za ogrom łask, za każdy dzień mojego życia. Kładąc się spać, proszę Go o jeszcze jeden i jeszcze jeden dzień, jeśli taka jest Jego wola.

Viola

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.