Pan jest moim Pasterzem

przez | 26 maja, 2021

Chciałam się podzielić, na Chwałę Pana, moją historią – zagubionej owieczki, którą nasz dobry Pan, najlepszy Pasterz, odnalazł w ciemnej dolinie pełnej strachu i duchowej śmierci i wyprowadził na zielone pastwiska pełne słońca i radości. Jestem szczęśliwa, bo co by nie było, czuję nieprzerwanie niezwykłą troskę Pana Boga o mnie i moich bliskich. On w chwilach trudnych niesie mnie na swych rękach, bym w swej słabości nie upadła.

A bywa ze mną różnie, gdy chodzi o zdrowie fizyczne, bo z racji mojej historii rakowej, która pozbawiła mnie żołądka i tarczycy mam zdrowie jakie mam, ale nie narzekam, bo stokroć gorzej było a poza tym bardziej wolę cierpieć fizycznie niż duchowo – tak jak to było kiedyś przed chorobą.

Bo ta choroba nowotworowa, która pojawiła się u mnie pierwszy raz ponad siedem lat temu, dzięki Bogu, absurdalnie, obudziła mnie do życia, które przedtem było życiem na „pół gwizdka”. Żyłam, a nie żyłam. Zatopiona byłam w grobie swych nie zawsze dobrych wspomnień, ciągle się czegoś bałam, miałam nieustanne poczucie winy i ciągle wszystkich za wszystko przepraszałam, byłam pełna goryczy i niepokoju. Moje serce było pełne różnych zranień, czułam się bardzo samotna, byłam bardzo płaczliwa, udręczona czarnymi myślami, które wciąż mnie prześladowały, nie dawały mi spać.

Miałam kochającego męża i dwójkę dzieci, skończone studia, a nie umiałam się tym cieszyć, choć próbowałam, ale ktoś?, bardzo się troszczył bym uwierzyła, że jestem do niczego, że jestem złą matką, żoną, człowiekiem… że nie godna jestem być we wspólnocie Kościoła, do którego chodziłam zawsze tradycyjnie od dziecka. Przez pewien czas omijałam kościół, płacząc z tęsknoty za Bogiem, którego pragnęłam, a jednocześnie się wstydziłam, bo jak taki beznadziejny grzesznik może być kochany przez Boga? Do tego doszły najczarniejsze z myśli… Ta emocjonalna bezsilność była tak duża, że nie dawałam sobie już rady. A kiedy dołączyła się jeszcze do tego niemoc fizyczna poczułam się jak żywy trup. Pamiętam jak resztkami sił krzyczałam do Boga któregoś jesiennego wieczoru: „Panie Boże, ratuj! Zrób coś bo albo zwariuję, albo się zabiję! Panie Jezu!” I… zachorowałam.

W listopadzie 2008 roku okazało się, że mam bardzo zaawansowanego raka żołądka. Dzięki Bogu trafiłam bardzo szybko na stół operacyjny i dokonano całkowitej resekcji żołądka i węzłów chłonnych, do których były już przerzuty.

I zaczęło się piekło chemii. Bez Boga i modlitwy bożych ludzi, których Bóg wtedy postawił na mej drodze chyba bym tego nie przeżyła. Byłam i fizycznie i psychicznie wykończona, ale wciąż czułam, że jest ktoś, kto się za mnie modli. Kiedy dopadały mnie strasznie mroczne myśli dostawałam wtedy jakiegoś podnoszącego na duchu SMS-a, albo ktoś zaprenumerował dla mnie gazetkę „Miłujcie się” i pierwszy numer jaki do mnie trafił był z uśmiechniętym Ojcem Pio i z bardzo mądrym artykułem o sensie cierpienia. Jeszcze tego wszystkiego wtedy dobrze nie rozumiałam, jeszcze było we mnie wiele starych lęków, które przez tę chorobę jeszcze bardziej się spotęgowały, ale wciąż powtarzałam (bo na tyle było mnie wtedy jedynie stać): „Jezu, Synu Dawida, ulituj się, Jezu, Jezu, ratuj! Jezu – ufam Tobie”. Czasami w swej niemocy tylko patrzyłam na obraz Jezusa Miłosiernego i Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Łzy leciały mi ciurkiem kiedy patrzyłam na moją małą córeczkę Marysię, która akurat poszła do pierwszej klasy i na synka Wojtka, który był w szóstej, serce moje wyło!!! …Prosiłam tylko Boga bym choć Marysię do Komunii poprowadziła i… Panie Boże Wielkie Ci Dzięki moja Marysia jest już w drugiej klasie gimnazjum, a syn na pierwszym roku studiów, a ja, choć fizycznie pokancerowana, to duchowo jak nowonarodzona!!! Czuję jakbym powstała z martwych!!!

„Z tęsknotą czekałem na Pana, a On zwrócił na mnie uwagę i wysłuchał mojej prośby, wyprowadził mnie z dołu zagłady i z błotnego trzęsawiska. Postawił me stopy na skale, umocnił moje kroki. Natchnął mnie do śpiewania pieśni nowej, hymnu dla naszego Boga” (Ps 40)

Miałam prócz operacji na jamie brzusznej jeszcze operację piersi i na szyjce macicy (dzięki Bogu nie rak) i znów operację całkowitego usunięcia tarczycy – bo tym razem to był rak.

Piękny owoc

Ale najważniejszą operację, najbardziej znaczącą, bo dającą mi nie tyle ratunek fizyczny, ale DUCHOWY, była operacja, którą przeprowadził sam Bóg na mym poranionym, zalęknionym sercu przy asyście najlepszej z najlepszych opiekunek – Maryi.

Pan w swym miłosierdziu ulitował się i dał mi serce nowe. Nie dokonał tego od razu, bo to długi proces. Stopniowo, z niezwykłą cierpliwością i wyrozumiałością leczył moje rany, odbierał lęki, wlewał nadzieję, rozświetlał to co ciemne, rozjaśniał myśli – uczył chodzić na nowo. Uczył jak kochać i jak przyjmować miłość. Sam przy tym wszystkim będąc przy mnie zawsze bardzo blisko. Prawdziwy kochający tatuś, który mimo mych niedoskonałości, licznych słabości akceptuje mnie w pełni, kocha bezwarunkowo. Uczył mnie jak żyć pełnią życia – życia, w którym On jest naszym światłem. Tak, Pan Bóg jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem.

Jestem wolna, jestem pełna radości i pokoju, choć przede mną teraz kolejna seria bardzo ważnych badań i kolejne leczenie radio-jodem, ale UFAM i już nie boję się tak panicznie, bo Jezus Miłosierny jest z nami! Dał mi i moim bliskim już tyle dowodów swojej miłości w tylu sprawach, które po ludzku wyglądały beznadziejnie!

Choćby ta chemia, w końcu po czterech cyklach przerwana, z powodu gorączki i zatrucia organizmu. Byłam bardzo wystraszona, ważyłam zaledwie 47 kg, byłam łysa i po ludzku przygnieciona do ziemi.

I wtedy jedna z moich siostrzyczek duchowych zaprowadziła mnie na ul. Reformacką na Mszę, odprawianą przez o. Witko, na którą chodzę co miesiąc do dnia dzisiejszego. To był czerwiec 2009. Pełno ludzi, duszno, ale ja po słowach jakie usłyszałam na kazaniu: „Nie bój się, tylko wierz. Według wiary Ci się stanie” chciałam by ta Msza i ta modlitwa o uzdrowienie i uwolnienie trwały w nieskończoność – tak mi było dobrze. A kiedy o. Witko powiedział, że „jest tu kobieta chora na raka, którą Bóg dotyka i uzdrawia” to wiedząc, że jest tam pełno takich kobiet, ale jednocześnie pamiętając słowa kazania „według wiary ci się stanie”- tak bardzo chciałam wierzyć, że są to słowa do mnie! Cała oblałam się potami, łzy ciekły ze mnie jak górskie potoki, a wraz z nimi zaczął uchodzić ze mnie strach. Po mszy czułam się taka lekka, w mojej głowie był taki błogi pokój – czarne myśli gdzieś uleciały. I to był początek mojej przemiany serca.

W styczniu 2010 musiałam mieć kolejną operację na piersi. W lutym kolejny zabieg ginekologiczny. Już jednak paniczny lęk mną nie zawładnął, bałam się, ale tylko trochę, bo w mym sercu był już ON – mój najlepszy Pasterz i Przyjaciel, który niósł mnie w swych objęciach powtarzając „NIE BÓJ SIĘ, WIERZ TYLKO”. I dzięki Bogu nie był to rak złośliwy i nie musiałam być leczona chemią.

Na wczesną wiosnę miałam już siłę zacząć chodzić z rodziną na Msze Świętą i uwielbienia do kaplicy Matki Bożej Pocieszenia, gdzie siostry i bracia ze wspólnoty Nowe Jeruzalem i też spoza niej, modlili się o mój powrót do zdrowia – za co wam kochani z całego serca dziękuję!

Jakie to było cudowne, spotkać tylu bożych ludzi! Jak wszystko mnie cieszyło: delikatny powiew wiatru, zapach zbliżającej się wiosny, pąki i pierwsze kwiaty! Czułam się tak, jakbym po śnie zimowym wracała do życia – żyć, nie umierać! Ale żyć- już tylko z Jezusem i dla Niego!

Bardzo budujące i przełomowe dla naszej rodziny były pierwsze rekolekcje ze Wspólnotą Nowe Jeruzalem w Gródku nad Dunajcem w 2010 roku. Oczywiście, walka duchowa była, jednak owocem rekolekcji było to, że zaczęliśmy z mężem, Maćkiem, razem uczestniczyć w uwielbieniach w kościele św. Katarzyny. Sławiliśmy Boga, dziękowaliśmy za wszystkie łaski, jakimi nas obdarza każdego dnia. I trwa to do dziś. Zaczęliśmy się wszyscy razem w rodzinie modlić, błogosławić sobie i być dla siebie bardziej wyrozumiali.

Czasem budzą się w nas starzy ludzie, ale dzięki Bogu już wiemy, jak sobie z tym radzić. Dziś więcej się modlimy w Namiocie Spotkania, stając przed Panem, podobnie jak Mojżesz, twarzą w twarz jak z przyjacielem. Czytamy Pismo Święte i prasę katolicką, otwieramy nasze serca coraz bardziej na Boga i ludzi. Staramy się głębiej wsłuchiwać w głos Boży (jakie to trudne!) i z pokorą, na jaką nas stać, przyjmować to, co niesie życie, wszystko misternie zaplanowane przez Boga, który wie, co dla nas najlepsze. Czasami zupełnie nie rozumiemy, dlaczego właśnie spotyka nas coś trudnego, ale gdy zaufamy Jezusowi, okazuje się, że wychodzą z tego same dobre rzeczy. To umacnia naszą wiarę w miłość i wszechmoc Boga.

I tu właśnie chciałam opowiedzieć o tym co wydarzyło się cztery lata temu w Wielkim Tygodniu. Coś co jedynie Bóg wie jak było naprawdę bo ja do dziś nie mogę nacieszyć się szczęściem jakie nas wtedy spotkało i uwierzyć w to wszystko, że dzięki łasce Bożej żyje i mam się w miarę dobrze . Oddałam to Bogu i do końca swojego życia w podziękowaniu za wszystko co od Niego dostałam będę Go wielbić i mówić o Jego wielkim miłosierdziu tam gdzie mnie pośle.

Tam nic nie ma!”

W Niedzielę Palmową 2012, po licznych przeziębieniach i zapaleniu oskrzeli, trafiłam na pogotowie ratunkowe z dusznością i ostrym kaszlem. Zdjęcie rentgenowskie wykazało poważne zmiany w płucach. Znalazłam się w szpitalu. Wiedziałam, że bardzo możliwe są przerzuty raka z mego żołądka do płuc, lecz nie ustawałam w modlitwie, miałam nadzieję, że to niedoleczona infekcja lub gruźlica. Modliła się wraz ze mną nasza Wspólnota, a także znani i nieznani mi ludzie z różnych wspólnot.

Następnego dnia pani doktor poinformowała mnie: „Rak płuc, 5 cm, nieoperacyjny”. Zaczęłam się dusić, ale mówiłam nieustępliwie: „Jezu, ratuj!”. Dostałam jakby skrzydeł, wstałam z łóżka, aby w odosobnieniu porozmawiać z Nim, moim największym Przyjacielem. Wierzyłam, że Pan Jezus wie najlepiej, co robić, i jeśli Mu w pełni zaufam, to nigdy mnie nie zawiedzie, chociaż działa czasem zupełnie inaczej, niż bym sobie tego życzyła. To była godzina smutku i łez. Myślałam: teraz, kiedy zaczęłam się tak naprawdę uczyć życia z Jezusem, muszę opuścić ten świat; teraz, gdy zaczęłam dostrzegać w nim coraz więcej dobra… Było mi bardzo ciężko, ale trwałam. Modliłam się –Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22,42b).

I wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Przyszła pani doktor, a za nią mój mąż, i stwierdziła: „Widziałam wynik tomografii – tam nic nie ma!”. Mąż był tak szczęśliwy! Wieczorem poprzedniego dnia mówił do mojej koleżanki: „Aga, tak bym się chciał rano obudzić i dowiedzieć, że tam nic nie ma”. Wcześniej w Łagiewnikach dostał z celi św. Faustyny, na ozdobionej kwiatami karteczce, słowa Jezusa z „Dzienniczka”: „W jednej chwili mogę ci dać więcej niż zapragnąć możesz”. I dostał!

Zdjęcie rentgenowskie płuc ewidentnie pokazywało rozległy nowotwór, jednakże lekarz się pomylił. Ale dla mnie i Maćka to nie był przypadek, lecz ważne doświadczenie – Pascha, Przejście Pana. W najpiękniejsze Święto, Zmartwychwstanie Pańskie, wyszłam ze szpitala całkowicie zdrowa – ja też zmartwychwstałam, a ze mną mój najukochańszy mąż. Panie Boże, wielbię Cię i dziękuję z całego serca za Maćka; za to, że byłeś wtedy z nami; że uczyniłeś tyle niezwykłych rzeczy, które umocniły nasza wiarę; za Święta Wielkanocne przepełnione wielką radością! Kochany św. Janie Pawle II, dziękuję Ci za wstawiennictwo!

Granica cierpienia

Za rok w Wielkim Tygodniu przeszłam operację usunięcia tarczycy, a potem leczenie radio-jodem. Nie dało ono skutków ubocznych, o co zatroszczyli się boży lekarze i pielęgniarki. Stało się to przez Maryję, której po zdiagnozowaniu raka tarczycy oddałam się całkowicie z prośbą, by wypraszała u Syna potrzebne łaski. Sama już nie śmiałam Go prosić, chciałam Mu tylko dziękować, bo mimo ciągłych przeciwności losu czułam Jego ciągłą opiekę. Przez tę chorobę zbliżyłam się do Matki Bożej. Dotąd odnosiłam się do Niej z dystansem, nie umiałam się modlić na różańcu. Teraz wiem, że różaniec i nowenna pompejańska są niezwykłym skarbem, bronią nie do odparcia.

Chcę zaświadczyć o wielkiej miłości Boga, który dopuszcza w naszym życiu czasami różne większe lub mniejsze krzyże. Te krzyże dźwigane z nim stają się dużo lżejsze i dzięki Niemu nie prowadzą do śmierci, ale do życia. PRAWDZIWEGO ŻYCIA!

Teraz już wiem – WSZYSTKO JEST PO COŚ, a Pan Jezus współdziała zawsze dla dobra tych, którzy Go miłują. Mnie – z perspektywy tych 7 lat widzę – uzdrowił i uwolnił od duchowych zniewoleń i złych emocji. Mam też wielką nadzieję, że Pan już niedługo uzdrowi mnie z moich fizycznych niedomagań, bo rak tarczycy jest trudnym przeciwnikiem. Ufam i „choćbym kroczył ciemną doliną zła się nie ulęknę BO TY JESTEŚ ZE MNĄ!!!” (Ps 23)

Tuż przed badaniami tarczycy o. Marek, proboszcz kościoła św. Katarzyny, podczas kazania zacytował Czesława Miłosza: „Jest granica cierpienia, za którą tylko pogodny, słoneczny uśmiech się zaczyna”. Wtedy myślałam, że już widzę tę granicę, ale to jeszcze nie było to, więc wierzę – jak pisał o. Pio – że w końcu „minie zima i nadejdzie niekończąca się wiosna, tym bardziej ubogacona pięknem, im większe były burze”…

Bliskie mi są słowa zawarte w książce „Jezus mówi do ciebie. W miłości Jezusa odnaleźć pokój i szczęście”:

„Gdy w twoje myśli wdziera się niepokój przypomnij sobie, że jestem twoim Pasterzem, co oznacza, że się tobą zaopiekuję, nie musisz się więc niczego obawiać… Jestem z Tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz… Ufaj Mi bezgranicznie, a Ja wyrównam twoje ścieżki… Nie próbuj zrozumieć tego, co się dzieje. Po prostu Mi zaufaj i z góry podziękuj Mi za dobro, które z tego wyniknie. JESTEM BOWIEM ŚWIADOMY ZAMIARÓW JAKIE ZAMYŚLAM CO DO CIEBIE, ZAMIARÓW PEŁNYCH POKOJU… MIEJ UFNOŚĆ I NIE LĘKAJ SIĘ BOM JEST TWOJĄ MOCĄ, TARCZĄ I PIEŚNIĄ…. jeśli zdasz się na mnie, całkowicie zaopatrzę cię we wszystko czego potrzebujesz, aby zwycięsko przetrwać dzisiejszy dzień. Jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Nie daj się wplątać w sieć trosk. UFAJ mi dzień po dniu… Przyjdź do Mnie ze wszystkimi swoimi potrzebami… Przedstaw Mi swoje prośby w modlitwie i błaganiu z DZIĘKCZYNIENIEM, a Mój Pokój, który przewyższa wszelki umysł, będzie strzegł twego serca i myśli… W KAŻDYM POŁOŻENIU DZIĘKUJ…”

Dziękuje Ci Boże za nowe życie, za moich bliskich, za ludzi, których stawiasz na mej drodze, za „Słoneczny Zakątek”, w którym dzięki łaskawości Boga mieszkamy od niedawna – pełen słońca, dobrych ludzi, ptaków i zieleni. Niech to słońce mimo różnorakich przeciwności, wciąż świeci, choć ktoś (?) usilnie próbuje je przysłonić, zburzyć nasz pokój i radość serca, tak zamącić, by znów upaść. Niech Duch Święty nas umacnia w walce ze złem, niech obdarza nas darem męstwa i mądrości! Niech prowadzi!

Chwała Panu za wszystko co dla nas uczynił i za Jego wielką dla nas Miłość i Cierpliwość.

Za nasze nowe serca, które chcą bić już tylko dla Niego

Żyję dzięki łasce Boga i do końca życia będę głosić Jego wielkie Miłosierdzie!

„Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, przywraca mi życie.
Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska dodają mi otuchy.
Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim na długie dni.”                Ps 23

Kasia (wiosna 2016r.)

PS. (styczeń 2017r.)
Dziękuję wszystkim moim braciom i siostrom, którzy jak aniołowie nieśli i niosą nas na skrzydłach modlitwy, dzięki czemu jest nam dużo lżej i mamy pokój serca w oczekiwaniu na Wojtka operacje i wierzymy, że i z tego trudnego doświadczenia Bóg wyprowadzi dobro, że poprostuje to co poplątane i na czas próby będzie naszą tarczą i sił nam doda i nie pozwoli upaść w krążeniu po ciemnej teraz dolinie szpitali itp. Bo On jest naszym niezawodnym Światłem, Drogą i Życiem! JEZU UFAM TOBIE! I wierzę głęboko, że nasz syn Wojtek będzie też świadkiem Twojego niezgłębionego miłosierdzia i że tak jak mnie uzdrowiłeś i jego uzdrowisz, bo dla Ciebie nie ma rzeczy niemożliwych …Jezu Synu Dawida ulituj się nad naszym synem!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.