Słyszysz, tak bije Twoje serce!

przez | 25 maja, 2021

Rekolekcje na Górze św. Anny były pierwszymi w moim życiu

i pierwszymi we wspólnocie. Bałam się ich – już pierwszego dnia czułam, że czeka mnie dobry, choć trudny czas. Wiele się wydarzyło, zarówno przed, jak i podczas tych rekolekcji, lecz chciałabym skupić się tylko na jednym.

Już początek rekolekcji był dla mnie bardzo głęboki. Pierwsza była pieśń: „Do mnie wróć, zbawię cię, cała ziemio”. Dwa tygodnie przed rekolekcjami zaczęłam śpiewać tę samą pieśń, w pracy wszyscy mieli mnie dość. I gdy „zostałam przywitana” właśnie nią, wiedziałam, że to znak. Zaczęłam zastanawiać się nad tymi słowami. W sercu rozmawiałam z Panem, gdyż wiedziałam, że te słowa Pan kieruje do mnie:

– Ale jak to? Przecież jestem tutaj, wróciłam! – to były moje pierwsze słowa do Boga, trochę w formie wyrzutu i buntu. I uzyskałam odpowiedź:

– Fizycznie wróciłaś, ale nie o to chodzi.

Przez cały tydzień towarzyszyło mi przekonanie, że faktycznie coś jest nie tak. To był czas, w którym odkrywałam siebie na nowo. Każdego dnia uświadamiałam sobie, że moja relacja z Bogiem, nie jest taka, jak ją oceniałam, że czeka mnie jeszcze wiele pracy. Zrozumiałam, że nie do końca wierzę w działanie Boga w moim życiu. Wierzyłam, że On jest; fizycznie, blisko, lecz nie wierzyłam, że może mnie uzdrowić. Dopiero podczas rekolekcji uświadomiłam sobie, że nie jestem do końca uzdrowiona, chociaż myślałam, że poradziłam już sobie z wieloma sytuacjami z życia. Ale w pojedynkę nie można sobie z niczym poradzić.

Bóg dał mi jednak łaskę, abym to zrozumiała i doświadczyła żywego Chrystusa.

Stało się to ostatniego dnia. Podczas Mszy Św., po przyjęciu Ciała Chrystusa, uwielbialiśmy Boga. Pierwsza pieśń brzmiała: „Jak wielki jest Bóg”. Gdy usłyszałam te słowa, rozpłakałam się. Z moich oczu zaczął płynąć potok łez. Nigdy w życiu tak nie płakałam. Nie mogłam się opanować ani uspokoić, łzy leciały mi ciurkiem. Uklęknęłam, płakałam coraz bardziej i nie wiedziałam, dlaczego. Cały czas zastanawiałam się nad słowami: „Jak wielki jest Bóg, wysławiaj Go, jak wielki jest nasz Bóg”. Zaczęło mnie wtedy boleć serce. Fizycznie i duchowo. Czułam się bardzo samotna, opuszczona. Prosiłam Pana, żeby przyszedł i mnie przytulił. Tak bardzo wtedy potrzebowałam przytulenia. Pieśń się skończyła i wśród braci pojawiły się obrazy poznania. Mateusz powiedział, że ma przekonanie, iż jest tutaj młoda kobieta, która bardzo cierpi. Zobaczył serce całe w plastrach, bez czystych miejsc, całe pozaklejane. W tym momencie stanęło mi przed oczyma moje życie, wszystkie zranienia, bóle. Te, o których myślałam, że już przebaczyłam, i takie, których nawet nie pamiętałam. Od razu wiedziałam, że to moje serce widział Mateusz. Powiedział ponadto, że tę osobę bardzo boli serce. A mnie przecież bolało! Wiedziałam, że mówi o mnie. Takie właśnie było moje serce. Myślałam, że ze wszystkim sobie już poradziłam, że jestem uzdrowiona. Zapomniałam o tym, że pod plastrami nadal są rany, które tylko przykryłam. Mateusz mówił dalej: „Jezus mówi teraz do Ciebie. Zanurzam Twoje serce w winie i oleju, i daję Ci nowe serce. Wszystkie plastry odpadają i otrzymujesz nowe serce, które nie będzie już pozaklejane, nie będzie poranione”. I wtedy uznałam, że to jednak nie do mnie, nie uwierzyłam. Zwątpiłam, że Bóg może to uczynić.

Myślałam, że to niemożliwe.

Dlaczego akurat dzisiaj, podczas Mszy Świętej w jakąś przypadkową niedzielę, miałby mnie uzdrowić, skoro przez 19 lat mojego życia (odkąd pamiętam) tego nie zrobił? Uznałam, że na pewno te słowa są skierowane do kogoś innego. Ból nie przechodził, ja płakałam dalej. Pod koniec Mszy nieco się uspokoiłam. Podczas ogłoszeń poproszono, aby osoby, które w jakikolwiek sposób posługiwały podczas rekolekcji, wystąpiły na środek. Ja też wystąpiłam. Wtedy podbiegła do mnie Klara – córka Asi i Wacka. Powiedziała, że ona też pomagała w sklepiku i powinna tutaj być ze mną. Nagle przytuliła się do mnie i położyła głowę na wysokości mojego serca. Wtedy poczułam, jakby ktoś smarował mi serce maścią rozgrzewającą. Poczułam ogarniające ciepło. Ból przechodził, i fizyczny, i duchowy. Uświadomiłam sobie, że właśnie jestem uzdrawiana. Często przytulają mnie dzieci, pracuję z nimi, ale nigdy jeszcze nie poczułam takiego przytulenia. Wiedziałam, że to sam Jezus przytulił się do mojego serca i uzdrawiał mnie. Tylko, że jestem osobą, która potrzebuje namacalnych dowodów, żeby uwierzyć, więc znów zaczęłam wątpić. Mówiłam sobie w sercu: „Nie, Angeliko. Takie rzeczy się nie zdarzają. Na pewno Ci się wydaje”. Sama sobie zadałam wtedy pytanie, co się stało z moją wiarą. Dlaczego nie jestem w stanie uwierzyć, że Bóg działa i dotyka mnie. Wtedy Klara podniosła głowę, spojrzała na mnie i powiedziała z zachwytem w głosie: „Słyszysz, Angelika, tak bije Twoje serce!” (to było stwierdzenie, nie pytanie). I zaprezentowała, jak bije moje serce – wystukała rytm. Pytałam Pana, czy to się dzieje naprawdę, czy naprawdę mnie uzdrawia. Wtedy Klara powtórzyła te same słowa i znowu wystukała rytm mojego serca. To było potwierdzenie od Boga, który dał mi namacalny dowód, taki, jakiego potrzebowałam. Wtedy uwierzyłam. Przytuliłam Klarę, powiedziałam jej, że jest niezwykłym dzieckiem i że bardzo jej dziękuję. Po Mszy Św. poszłyśmy razem do kaplicy podziękować Bogu.

Doświadczyłam żywego Boga.

On posłużył się jedenastoletnią dziewczynką, aby mnie uzdrowić. Minęło już trochę czasu od rekolekcji, dlatego też mogę spojrzeć na to wszystko z dystansu. Patrząc teraz na siebie, jak się zachowuję, wiem, że Bóg odlepił plastry z mojego serca. Przykładem takiego uzdrowienia jest to świadectwo. Jeszcze do niedawna nie opowiedziałabym o tym nikomu. Bałabym się, że ludzie uznają mnie za nienormalną albo mi nie uwierzą. Teraz wiem, że tym świadectwem mogę komuś pomóc i że Bóg chce, abym je opowiedziała.

Angelika

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.